Polskę w UE stać na znacznie więcej!

1 maja 2004 roku Polska znalazła się tam, gdzie jest jej należne miejsce: stała się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Rząd Leszka Millera, w którym pracowałem, wprowadził Polskę do struktur zjednoczonej Europy, zamykając długi proces żmudnych negocjacji i niezbędnych dostosowań. Dziś nie mam wątpliwości, że każdy wysiłek był tego warty. Zastanawia mnie jedynie, czy przez te 10 lat mogliśmy jeszcze bardziej skorzystać z tego dziejowego sukcesu.

Na pierwszy plan naturalnie przebijają się największe zalety naszego członkostwa w UE. Polska więcej otrzymuje z unijnego budżetu niż do niego wpłaca: od początku naszego członkostwa, pod odjęciu składki, dostaliśmy z UE w sumie ok. 300 mld zł, każdego roku zasilając budżet państwa de facto jego kolejną równowartością. Budżet dla Polski na lata 2014-2020 to zaś niebagatelne 400 mld zł. Gołym okiem widać, jak dzięki unijnym funduszom zmienia się nasz kraj: budujemy infrastrukturę, modernizujemy polską wieś, przyciągamy zagraniczne inwestycje. Od 10 lat aktywnie kształtujemy unijne prawo i polityki.

Nie da się jednak przejść obojętnie wobec poważnych gospodarczych i społecznych problemów Polski, które wcale nie wydają się być bliższe rozwiązania teraz, niż były w 2004 r. Co z tego, że jesteśmy ósmym eksporterem w UE, a nasz PKB per capita wzrósł z 51% do 67% średniej unijnej? Cały czas jest to jedynie szósty wynik od końca. Jak możemy szczycić się spadkiem stopy bezrobocia z 20% do 14%, skoro częściowo wynika on z faktu, że aż 1,5 mln naszych rodaków opuściło kraj, a średnia miesięczna pensja w Polsce to zaledwie połowa średniej UE-27? Co gorsza, sytuacja na rynku pracy nie wykazuje trendu systemowej poprawy: od naszego wejścia do UE wzrósł odsetek osób pracujących na tzw. "umowach śmieciowych" i dziś wynosi zatrważające 27%. W tej sytuacji nie dziwi mnie, że Polki nie chcą rodzić dzieci - obok Portugalii i Hiszpanii należymy do państw członkowskich o najniższej dzietności.

Również w obszarze polityk szczególnie mi bliskich: Wspólnej Polityki Rolnej oraz polityki spójności, którym poświęciłem wiele czasu i starań by zapewnić właściwe alokacje finansowe oraz rozsądne zasady wydatkowania funduszy, nietrudno o wskazanie braków postępów. Polscy rolnicy wciąż nie otrzymują równych dopłat bezpośrednich. Pięć polskich województw zalicza się do dwudziestki najbiedniejszych w UE - i jest tak bez zmian od 2004 r. Mimo gigantycznych nakładów na infrastrukturę, Komisja Europejska wciąż ocenia transport w Polsce za najgorszy w UE. Zalegamy też z wdrożeniem kluczowego unijnego prawodawstwa. Za tak fundamentalne uchybienia, jak brak ustawy o odnawialnych źródłach energii czy niewdrożona dyrektywa ściekowa, grożą nam milionowe kary.

Jednak w żadnej innej sferze zaprzepaszczone szanse z członkostwa w UE nie są tak widoczne, jak w sferze społecznej. Aż 27% Polaków wciąż pozostaje dotkniętych ryzykiem wykluczenia społecznego i popadnięcia w biedę. Rząd ociąga się tymczasem z wdrożeniem zaprojektowanej przez europejskich socjaldemokratów Gwarancji na rzecz Zatrudnienia Młodzieży, którą stworzyliśmy by walczyć z palącym problemem bezrobocia młodych. Zupełnie niezrozumiały dla mnie opór polskiej prawicy przed zwiększeniem obowiązkowych wydatków na programy Europejskiego Funduszu Społecznego oddala nas jedynie od podniesienia poziomu usług publicznych skierowanych do osób bezrobotnych i wykluczonych, chorych i starszych, samotnych matek. Właśnie poprzez brak zdecydowanych działań w sferze usług publicznych, ale również i innowacji, Polska pozostaje krajem taniej siły roboczej, który wprawdzie notuje napawające dumą wyniki makroekonomiczne, które jednak wcale nie przekładają się na poprawę losów społeczeństwa.

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać niektórym czytelnikom po lekturze tych kilku gorzkich akapitów, jako jeden z tych, którzy mieli swój udział we wprowadzeniu Polski do UE, pozostaję zdeklarowanym euroentuzjastą. Odpowiedzią na rozczarowania płynące z członkostwa w UE jest nic innego jak sama UE! I mam tu na myśli dalszą integrację: unię bankową, członkostwo Polski w strefie euro czy przenoszenie kolejnych uprawnień do Parlamentu Europejskiego. Nie oszukujmy się jednak: samymi inwestycjami z unijnych funduszy nie zbudujemy ani konkurencyjnej gospodarki, ani społecznego dobrobytu. Do tego potrzebne są krajowe reformy, takie jak poprawa wydajności służby zdrowia, uproszczenie ram fiskalnych, stworzenie zachęt dla nauki i innowacji, nowe inwestycje w infrastrukturę kolejową, energetyczną i telekomunikacyjną oraz poprawa otoczenia biznesu. Są to odważne reformy, których UE od nas oczekuje, ale na których nam samym powinno zależeć najbardziej. Obawiam się tylko, że prawica, która rządziła Polską przez większość z 10 lat naszego członkostwa w UE, nie jest przygotowana, by się z nimi zmierzyć.
Trwa ładowanie komentarzy...