Ukraina - po pierwsze: realizm

Z wielką przykrością patrzę na dzisiejszą Ukrainę. Radosne święto demokracji, jakim są europejskie wybory, w pełni nie cieszy, kiedy naród tuż za naszą wschodnią granicą pogrąża się w chaosie. Cisza ze strony tych, którzy jeszcze miesiąc temu nawoływali do zdecydowanego działania pokazuje, gdzie Europa popełniła błędy. Tym zaś, czego zarówno polska, jak i europejska polityka wobec Ukrainy i Rosji potrzebują najbardziej, jest realizm.

Europejscy przywódcy dali się zaskoczyć rozwojowi sytuacji na Ukrainie. Najpierw twórcy Partnerstwa Wschodniego, a później umowy stowarzyszeniowej UE-Ukraina liczyli, że poprzez proste zawarcie umowy przeciągną Ukrainę na trwałe w orbitę wpływów Zachodu i skierują Kijów na tory europejskiej integracji. Ci, którzy tak myśleli, a można tu spokojnie wskazać zarówno ekipę ministra Sikorskiego jak i autorów rozlicznych szumnych rezolucji Parlamentu Europejskiego, najwyraźniej nie docenili ani geopolitycznego charakteru Ukrainy, ani swobody i determinacji, z jaką Wladimir Putin kształtuje swoją politykę. Idealizm przegrał z realizmem.


Na osobny komentarz zasługuje przymykanie przez niektórych polskich polityków oczu na radykalny ukraiński nacjonalizm. Jarosław Kaczyński robił sobie zdjęcia z banderowcami ze Swobody na majdanie. Ich bardziej radykalni koledzy spalili w Odessie ponad 30 osób. Co by nie mówić o działalności prorosyjskich separatystów – to była barbarzyńska zbrodnia.

Bezdyskusyjnie największą ofiarą błędów nieprzemyślanej polityki jest ukraińskie społeczeństwo, gdzie niewinnych ludzi spotyka dziś śmierć, nieład i niepewność jutra. Ale zaraz na drugim miejscu poszkodowanych znajduje się sama Unia Europejska, która składając obietnice bez pokrycia, poświęciła na ołtarzu idei niewiele mówiącego "partnerstwa" z Ukrainą niemal całą swoją wiarygodność. Takie straty są niezwykle trudne do odrobienia i nie możemy sobie pozwolić, by ani Polska, ani Europa, straciły cokolwiek więcej ze swojej siły perswazji.

Ukraińcy błagają nas dziś o pomoc - i mamy obowiązek im tej pomocy udzielić. Jestem przekonany, że jeżeli jakakolwiek europejska pomoc dla Ukrainy ma być skuteczna, to musi ona opierać się na realnie oszacowanych europejskich zdolnościach. UE ze swoją niespójną polityką zagraniczną i nieraz skonfliktowanymi działaniami poszczególnych państw członkowskich nie jest liczącym się adwersarzem Rosji na niwie geopolitycznej. To jednak, co od zawsze tworzyło wartość dodaną Europejskiej Polityki Sąsiedztwa, a więc działań skierowanych także do Ukrainy, był ludzki wymiar bezpieczeństwa - czyli ten, którego w dzisiejszej Ukrainie najbardziej brakuje.

UE, a w szczególności Polska, posiada bezcenny potencjał know-how transformacji ustrojowej, którym mamy obowiązek się dzielić. Sednem dzisiejszego kryzysu na Ukrainie nie jest rosyjska inwazja. Kluczem do ustabilizowania Ukrainy jest przywrócenie efektywności rządów, autorytetu władzy, reprezentatywności instytucji publicznych oraz ochrona praw mniejszości. Unia przez lata budowała w ten sposób pokój i tworzyła podwaliny do integracji europejskiej na Bałkanach i w przestrzeni poradzieckiej. Doświadczenia polskiej transformacji ustrojowej, opartej na szerokim ponadpartyjnym porozumieniu, uważnie przestudiowały chińskie elity rządzące, a z naszego wzoru otwarcie chciała skorzystać birmańska junta. Minister Sikorski rozpoczął nawet rozmowy z birmańskimi przywódcami, ale szybko się z nich wycofał - ot kolejny przykład jego niekonsekwencji. Dlaczego nie wykorzystujemy tego, co mamy pod ręką, by pomóc naszym najbliższym sąsiadom?

Zamiast przyjmować kolejne puste rezolucje i czynić jakiekolwiek obietnice, UE musi po prostu stać się na Ukrainie widoczna. Wybory prezydenckie 25 maja powinny być obserwowane przez tak wielu europejskich obserwatorów, jak to tylko możliwe. To, czego Ukraińcy od nas oczekują, a zgłaszali się po tę pomoc jeszcze na długo przed obecnym kryzysem, to praktyczne porady, jak zreformować państwo, jak demokratyzować jego instytucje, jak budować sprawiedliwą gospodarkę rynkową. Europa ma wszelkie narzędzia, by swój model bezpieczeństwa ludzkiego wdrażać i rozpowszechniać. Teraz, kiedy jednostronnie otworzyliśmy dla ukraińskiego handlu jednolity europejski rynek, przychodzi pora, by pomóc Ukraińcom zbudować państwo, które z tego rynku najlepiej skorzysta.

Polska powinna jednoznacznie stać po stronie nienaruszalności granic w Europie. Działania Putina zasługują więc na potępienie. Ale w kwestii sankcji Polska nie może wybijać się przed szereg. Jeżeli nie jesteśmy w stanie stworzyć jednolitego frontu w UE, to nie leży w polskiej racji stanu, by ponosić karę za źle obliczony wschodni mesjanizm. Wręcz przeciwnie: polski rząd ma obowiązek domagać się, by Bruksela stanęła za nami murem w kwestii rosyjskiego embarga na polskie mięso, także na forum WTO. Musimy pomóc Ukrainie, ale nie zapominajmy o interesach naszych własnych obywateli.

Jeśli ktoś chce wojny handlowej Zachodu z Rosją to znaczy, że jest głupcem. Zachód może taką wojnę wygrać, ale Polska będzie jej pierwszą ofiarą.

Dziś w kwestii Ukrainy nie wolno nam mówić więcej, niż jesteśmy w stanie realnie wykonać. Jeżeli nie przywrócimy Ukraińcom wiary w Europę i dobrobyt, jaki może z niej nadejść, alternatywą pozostanie jedynie bezład i przemoc.
Trwa ładowanie komentarzy...